Zombie Driver #3: Marynarze i gliniarze
Sytuacja w mieście zmieniała się tylko na gorsze. Armia siedziała okopana na swojej nowej pozycji, odpierając tylko kolejne hordy zombi. Tych z kolei przybywało z każdą chwilą, co widziałem wyraźnie. Niektóre ulice były już niemal poblokowane przez żywe barykady złożone z gnijących, zakrwawionych ciał w podartych ubraniach.
Dziesięć w skali Boforta
Każdy kolejny wyjazd na misje wiązał się z coraz większym ryzykiem. Blofeld musiał sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji, bo zaczął robić coś w kierunku ewakuacji. Baza w porcie i zacumowany za plecami spory okręt wyraźnie sugerowały scenariusz, do którego zmierzamy. By jednak taka opcja pozostała realna potrzebne było załatwienie kilku spraw.
Po pierwsze załoga. Grupa marynarzy akurat zeszła na ląd tuż przed wybuchem epidemii zombi, by trochę popić w lokalnych spelunach. Czekała mnie więc objazdówka po wskazanych pubach, by uratować przynajmniej sześciu z ośmiu wilków morskich. To oznaczało, że z czystym sumieniem mogę znowu wyruszyć limuzyną, w której czułem się najlepiej. Nie odstawała aż tak prędkością, a zapewniała solidną siłę taranowania i najlepszy pancerz ze wszystkich dostępnych maszyn. Pomimo ogromnej liczby trupów, zdołałem nawet obrócić na dwa razy i ocalić wszystkich pijanych w sztok marynarzy, włącznie z krzyczącym z przyzwyczajenia kapitanem.
Blofeld podziękował i od razu poprosił o kolejną przysługę. Statek wymagał napraw, a do tych były potrzebne części. Żeby je przewieźć, generał oddał mi do dyspozycji jedną z wojskowych ciężarówek. Żołnierze nie zdążyli tylko zamontować żadnej broni, więc byłem skazany na wykorzystanie jej masy do przebijania się przez truposze.
Nocą w miasto
Miałem mieszane uczucia, jadąc pierwszy raz ciężarówką. Była rzeczywiście mocna i łatwiej przebijała się przez tłum na ulicach, ale z drugiej strony była też dość powolna i niezbyt zwrotna. Cały czas byłem więc czujny, żeby nie wpakować się w jakiś zaułek czy plac wypełniony przeszkodami, na którym stałbym się łatwym celem.
Dowiozłem części zapasowe w okolice statku i już nie mogłem doczekać się, żeby odpocząć. Generał miał jednak wyjątkową prośbę z gatunku tych nie odrzucenia. Zdradził, że ich sanitariusze polowi nie dają już rady z opatrywaniem ran i potrzebne jest wsparcie wykwalifikowanych medyków. Choć zapadł już zmrok, miałem wyjechać na pogrążone w ciemnościach ulice, by uratować ze szpitali lekarzy i pielęgniarki. Nagrodą miała być wdzięczność ocalonych, a prócz tego ambulans, jeśli zdołam go wyciągnąć z opanowanej przez żywe trupy okolicy.
Jak przy ciężarówce nie czułem się zbyt pewnie, tak teraz jechałem przerażony jak dawno już nie byłem. Ufałem limuzynie, ale oczami wyobraźni widziałem wypadające z którejś z bocznych uliczek dziesiątki zombiaków, które z impetem uderzają w bok samochodu. Przy takim ataku z zaskoczenia niewiele trzeba było, by doprowadzić do eksplozji. Gówniany koniec desperackiej walki o przetrwanie. I nawet pewnie nikt by nie pamiętał o wcześniejszych heroicznych wyczynach.
Czołg na wypożyczenie
Uratowanie lekarzy przyniosło korzyści różnego rodzaju. Fachowcy wspomogli przeciążonych sanitariuszy i ocalili wiele żyć. Przy okazji dostarczyli dowództwo armii interesujące informacje wskazujące na źródło epidemii. Wygląda na to, że pewien tajemniczy projekt badawczy dużej korporacji wymknął się spod kontroli. Miał być lek na raka, a pojawiła się mutacja, która odbierała rozum. Dla generała Blofelda najważniejsza była informacja o trzech zbiornikach niebezpiecznej substancji, które nadal znajdowały się na terenie miasta. Należało je zniszczyć, a wojskowy ustawił to jako najwyższy punkt na liście priorytetów. Tak wysoki, że oddał mi do dyspozycji jeden z czołgów i polecił udać się w trzy wskazane punkty, by zrobić demolkę.
Miałem nieskończony zapas pocisków do swojej dyspozycji. Działo może było powolne, ale pięknie oczyszczało ulice. Trochę zawiodłem się tylko na pancerzu zielonego molocha, bo nadal musiałem uważać, by nie dać się otoczyć agresywnym zombiakom. By ułatwić trochę życie sobie i armii, przy okazji miałem rozwalić jak najwięcej gór mięcha, których wyrosło mnóstwo na ulicach metropolii. Każda zniszczona sterta cuchnącej tkanki z mackami zmniejszała liczebność zombi, a to zawsze pozytywna wiadomość.
Chętnie zatrzymałbym sobie czołg, ale wojsko poważnie obrywało w walkach z nieumarłymi i cierpiało na deficyt narzędzi do obrony. Po skończonej misji musiałem więc wrócić za kółko limuzyny. Lubiłem ją, była najbardziej użyteczna z dostępnych maszyn, a też zdążyłem ją sobie trochę ulepszyć za zdobytą gotówkę. Cierpiała jedynie na jeden istotny mankament. Nie mogłem jej na stałe zamontować broni, a jedynie posiłkować się znalezionymi na mieście karabinami czy rakietnicami. A do tych zawsze trochę za szybko kończyła się amunicja.
Wezwanie pomocy
Przewaga liczebna truposzy rosła z każdą godziną i to pomimo faktu, że żołnierze regularnie likwidowali kolejne zastępy, a ja przerabiałem na papkę setki, jeśli nie tysiące podczas swoich misji. To nie było małe miasteczko, więc mieszkańców zmienionych w bezmyślnych morderców nie brakowało. Kiedy więc Blofeld odebrał sygnał z komendy głównej od otoczonych policjantów, zaplanował misję ratunkową, bo każda ręka zdolna trzymać broń była teraz na wagę złota. Oczywiście nie z udziałem własnych sił, bo tego niezmiennie nie mógł zrobić.
Na pomoc ruszyłem ja i moja sprawdzona w bojach limuzyna. Miałem trzy przystanki do odhaczenia. Najpierw zajechałem do jednego z mniejszych posterunków, skąd zgarnąłem dwóch funkcjonariuszy. Potem ruszyliśmy do komendy głównej. Zastaliśmy przygnębiający widok budynku opanowanego przez zombi. Jeśli jacyś policjanci walczyli w środku, polegli w nierównym starciu z masą mięcha.
Spokojny sen
Docisnąłem gaz do dechy i pojechałem pędem pod drugi komisariat w okolicy. Tam kilku gliniarzy też jeszcze żyło. Wróciliśmy razem do bazy, a w podzięce dostałem kluczyki do radiowozu zaparkowanego pod jedną z komend. Czy się przyda? Czas pokaże.
Na razie ufam sprawdzonym rozwiązaniom, tocząc desperacką walkę o zachowanie życia. Działania armii niespecjalnie mnie uspokajają, bo wojskowi są dziwnie bierni i mało skuteczni jak na siły, którymi powinni dysponować. Przynajmniej potrafią utrzymać obszar pod kontrolą, dzięki czemu po każdej wyprawie na miasto czy kolejnym zleceniu od generała mam gdzie wracać. To już zawsze coś, móc położyć się na łóżko polowe i nie myśleć o tym, z której strony wpadną mi zaraz truposze. Pytanie tylko, jak długo to jeszcze potrwa i czy w końcu lawina zombi nie przygniecie ostatnich z ocalałych, a potem też i nas.
—
Zombie Driver: Immortal Edition to wydana w 2019 roku na PlayStation 4 strzelanka z widokiem z góry, w której siadamy za sterami różnych pojazdów i próbujemy przetrwać w mieście pełnym nieumarłych. Co czeka nas na drodze i czy poznamy źródła epidemii? O tym wszystkim postaram się opowiedzieć w relacji w formie opowiadania. Tylko w Gralingradzie!
Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, X-ie, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli doceniasz moje starania w takiej formie gier relacjonowania – postaw mi kawę, która pozwoli mi przetrwać w mieście pełnym zombi! Dziękuję z góry!




